Sudan Południowy, ustami swego ministra spraw zagranicznych, ogłosił we wtorek 6 grudnia, że złożył skargę na swojego północnego sąsiada (też Sudan, tyle że z prezydentem Omarem Al-Baszirem na czele) w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Dotyczy ona utrzymującej się obecności wojsk północy na terenie przygranicznego miasta Jau. Armia Południa ostrzega, że taka obecność obcych wojsk na terytorium jej kraju nie będzie dłużej tolerowana. Mamy więc do czynienia z kolejnych zaognieniem napiętej sytuacji między obydwoma krajami, które rozdzieliły się raptem 5 miesięcy temu. W tej chwili (środowy wieczór) wiemy już też, że Północ oskarżyła armię Południa o działanie z kolei na jej terytorium, a dokładniej - o zaatakowanie sudańskich pozycji w granicach stanu Kordofan Południowy.

Trochę to wszystko zawikłane, ale tak właśnie wygląda w ostatnich miesiącach, a szczególnie tygodniach, przerzucanie piłeczki między krajami, które od 1956 do 2005 toczyły ze sobą jeden z najbardziej krwawych i śmiercionośnych konfliktów po II wojnie światowej. Gorzej, że nie chodzi tu o zwykłe dyplomatyczne przepychanki. W tym wszystkim giną ludzie, nieraz w okrutny sposób, dokonywane są prześladowania, a dziesiątki tysięcy ludzi w tym nowym konflikcie musiały już opuścić swoje domy i ratować się ucieczką.

W listopadzie konflikt wszedł w nową fazę: armia Północy zaczęła dość otwarcie operować na terytorium nowego Sudanu Południowego. Dokonano kilku nalotów bombowych, np. na obóz dla uchodźców Yida, pełen uciekinierów z ogarniętego ogniem Kordofanu. Z kolei w ostatni weekend wojska lądowe Sudanu wkroczyły do Jau, granicznego miasta należącego do Południa, tłumacząc swoje posunięcie poszukiwaniem rebeliantów z północy, którzy jakoby mają swoje bazy na sprzyjającym im południu. Tyle, że tym samym SAF (Sudańskie Siły Zbrojne) zaczęły działania na terenie suwerennego kraju - bynajmniej nie pytając jego rządu o zgodę.

W złożonej właśnie skardze Sudan Południowy apeluje, by sudańska armia jak najszybciej opuściła jego terytorium. "Wzywamy społeczność międzynarodową, by wywarła większą presję na Rząd Sudanu i by żądała od niego respektowania suwerenności Sudanu Południowego oraz jego integralności terytorialnej. To wszystko" - powiedział minister na wtorkowej konferencji prasowej w Dżubie. "Nie zaatakujemy prezydenta Al-Baszira bezpośrednio, ale jeżeli jego siły będą kontynuować inwazję na nasze terytorium, to nie będziemy mieli wyboru - odkąd naszym obowiązkiem jest chronić nasze terytoria oraz naszych obywateli."

Jednocześnie rzecznik południowej armii, pułkownik Philip Aguer, powiedział BBC, że sudańskie samoloty bombardują okolice Jau, "powodując masowe przemieszczanie ludności cywilnej". Powiedział też, że obecność sudańskich wojsk na terytorium Południa nie będzie dłużej tolerowana.

Z kolei w środę wieczorem gruchnęła wieść, iż Sudan oskarżył armię Południa o zaatakowanie jego armii na terytorium Kordofanu Południowego, czyli stanu należącego do Północy. Sudan Południowy rzeczywiście postanowił się bezpośrednio zrewanżować, nie czekając na reakcję społeczności międzynarodowej, czy też przedstawiciele rządu Al-Baszira robią po prostu zasłonę dymną? Czekamy na rozwój wypadków.

(AO/Modlitwa za Sudan na podst. sudantribune.com oraz bbc.co.uk)
W ostatni weekend dwa kraje Wspólnoty Wschodnioafrykańskiej (regionalnej organizacji międzynarodowej), Uganda oraz Tanzania, zgłosiły sprzeciw wobec przyjęcia Sudanu do tego grona. Sudanu, którego prezydent jest jedyną (a jeśli nie jedyną, to przynajmniej pierwszą) głową państwa na świecie, ściganą przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) w Hadze za przestępstwa dokonane w Darfurze (konflikt ciągnący się od 2003 roku).

Tymczasem w poniedziałek kenijski sędzia - na wniosek jednej z organizacji pozarządowych - wydał nakaz aresztowania Omara Al-Baszira, właśnie w oparciu o nakaz wydany wcześniej przez MTK. Kenia jest jednym z krajów-założycieli trybunału, ale wcześniej nie respektowała nakazu ścigania Al-Baszira. Np. w sierpniu prezydent Sudanu bezkarnie przebywał na terenie tego kraju. Nawet Unia Afrykańska wydawała decyzje, by jej państwa członkowskie nie dokonywały jego aresztowania. Teraz Kenia zrobiła w tym murze pewien wyłom.

Minister spraw zagranicznych Kenii szybko skrytykował decyzję sądu. Rząd może w tej sprawie apelować - czekamy na dalszy rozwój wypadków.

Jaka była odpowiedź rządu sudańskiego na decyzję kenijskiej władzy sądowniczej? Otóż jeszcze w poniedziałek wieczorem poproszono, by ambasador Kenii w Sudanie opuścił kraj - w ciągu 72 godzin. Chartum wezwał też swego ambasadora rezydującego w Kenii.

Jak widać, wystąpiło pewne tarcie na linii, gdzie z jednej strony są rządy Sudanu, Kenii oraz Unia Afrykańska, a z drugiej - niezawisły kenijski sąd. Będziemy śledzić te sprawę. Módlmy się o wszelkie dobre, mądre decyzje osób decyzyjnych.

(opr.: http://www.facebook.com/ModlitwazaSudan na podst. http://www.bbc.co.uk/news/world-africa-15932019http://www.sudantribune.com/Kenya-Sudan-relations-veering,40851) oraz
Głośno jest ostatnio o SSLA (South Sudan Liberation Army), jednej z grup rebelianckich działających na terenie Sudanu Południowego. To zbrojne ugrupowanie, aktywne ostatnio głównie w obrębie stanu Unity, chwaliło się w ostatnim tygodniach znacznymi sukcesami militarnymi w walce przeciw armii rządowej nowego kraju (SPLA - Sudan People's Liberation Army). Ostatnio przesunęli z 21 listopada na 1 grudnia datę planowanego ataku na miasto Bentiu, stolicę stanu Unity. Teraz odezwali się ponownie. Twierdzą, że w ostatnią środę (23 listopada) zaatakowali na drodze z Bentiu do Mayom oddział SPLA, biorąc do niewoli 45 żołnierzy oraz oficera.

Powiadomili też, że "w ciągu tygodnia" ludność cywilna oraz pracownicy organizacji humanitarnych powinni ewakuować się z miejscowości Mayom, ponieważ planują tam kolejny atak. Zgodnie z doniesieniami, kilka tygodni temu - 29 października - Mayom zostało już zajęte przez tę grupę rebeliancką, ale po kilku dniach odbili je żołnierze armii rządowej. Jak jednak pokazują napływające informacje, SSLA nadal koncentruje swoje działania na okolicach stolicy stanu Unity. Przypomnimy, że następy wyznaczony "deadline" dla ataku na ok. 8-tysięczne Bentiu to 1 grudnia. Rebelianci wezwali, by do tego czasu z miasta ewakuowali się cywile oraz działacze organizacji pomocowych.

Rząd Sudanu Południowego oskarża rebeliantów SSLA o współpracę z Sudanem północnym i nazywa ich najemnikami. Dodajmy, że oskarżenia te trudno nazwać bezpodstawnymi. Otóż w marcu armia rządowa na skutek walk przejęła część broni używanej przez rebeliantów działających w stanie Unity (do bitwy doszło właśnie w hrabstwie Mayom). Zajęto m.in. pokaźną liczbę karabinów wyprodukowanych według chińskich wzorów. Ludzie, którzy badali broń, sądzą, że została ona wyprodukowana w Sudanie. To możliwe - zważywszy na fakt, że Sudan północny utrzymuje znaczne związki wojskowe z Chinami, a wśród ważnych sojuszników ma np. także Iran.

Póki co, rebelianci zaprosili przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, aby zapoznali się z warunkami, w jakich przetrzymują pojmanych żołnierzy południowosudańskiej armii.

I pamiętajmy o terminie, jakie "wyznaczyli" rebelianci: do końca listopada powinny być ewakuowane rejony Mayom oraz Bentiu, stolicy stanu Unity; rebelianci powiedzieli, że to właśnie na drodze między tymi dwoma miastami pojmali ww. żołnierzy oraz przejęli znaczne zapasy żywności dla wojska; SSLA wraz z jeszcze inną grupą, SSDF (South Sudan Defence Force), wezwało ludność cywilną do opuszczania 140-tysięcznego Malakal, stolicy stanu Górny Nil (Unity oraz Górny Nil to stany sąsiadujące ze sobą) - do tego samego czasu. Pamiętajmy o tych informacjach w naszych modlitwach za Sudan.

(opr. www.facebook.com/ModlitwazaSudan na podst. www.sudantribune.com)


Niedawno rebeliancka SSLA, działająca na terenie Sudanu Południowego, zapowiedziała poważny atak zbrojny na miasto Bentiu, stolicę stanu Unity (and. Jedność). Atak miał się rozpocząć w ostatni poniedziałek, 21 listopada. Otóż - rebelianci przełożyli ten atak! Na grudzień. Ogłosili, że ma to związek z apelem agencji ONZ ds. Uchodźców, aby umożliwić przemieszczenie uchodźców z Północy na bardziej bezpieczne tereny.

ONZ próbuje teraz zachęcić uchodźców z Sudanu, przebywających na terenie Sudanu Południowego w pobliżu granicy, do przeniesienia się bardziej na południe. Nie wszyscy jednak chcą to uczynić, bowiem wielu z nich nadal czeka na swoich krewnych, wciąż przebywających na terenie ogarniętego konfliktem Kordofanu Południowego. Generalnie szacuje się, że dziennie na teren Południa przybywa od 60 do 200 uciekinierów z Kordofanu. Z kolei liczbę uchodźców z drugiego niebezpiecznego stanu, Nilu Błękitnego, szacuje się nawet na 1200 dziennie (ci trafiają także do sąsiedniej Etiopii).

Generalnie, cel ONZ jest w tej chwili taki, by jak najbardziej zmniejszyć liczbę uchodźców przebywających w bliskiej okolicy granicy. Na tym terenie są oni bowiem narażeni dwojako: na ataki sudańskiej armii zapędzającej się na teren Południa (vide - ostatnie bombardowania) oraz na niebezpieczeństwo ze strony silnej rebelianckiej SSLA, walczącej przeciw rządowi Sudanu Południowego. Generalnie, uchodźcy nie mają łatwo. W tym niebezpiecznym czasie lepiej pewnie, by pozostawali w Chartumie. Tam, gdzie pomagają im siostry salezjanki, którym z kolei pomaga Pomoc Kościołowi w Potrzebie poprzez swoją akcję "Pomoc dla Sudanu". Warto się zaangażować.

(opr.: facebook.com/ModlitwazaSudan na podstawie www.sudantribune.com)
Niestety, wiadomości z ostatnich tygodni nie są dobre. Między Sudanem a nowym Sudanem Południowym znów wrasta napięcie. Obie strony oskarżają się o wspieranie rebeliantów działających na ich terytoriach. Ale są wydarzenia jeszcze bardziej niepokojące. Nieraz już tutaj pisaliśmy, że lotnictwo sudańskie bombarduje ludność cywilną w południowych stanach ogarniętych rebelią: Kordofanie Południowym oraz Nilu Błękitnym. Także na lądzie dochodziło do masakr z rąk armii oraz prorządowych bojówek. W zeszłym tygodniu jednak agresywne działania Północy weszły w nową fazę...

Otóż w zeszłym tygodniu miało dojść do co najmniej trzech bombardowań sudańskiego lotnictwa na terenach Sudanu Południowego, który od lipca jest - przypominamy - niepodległym państwem. To nie są tylko pogłoski. Także międzynarodowe organizacje pomocowe oraz reporterzy zachodnich mediów potwierdzili, że doszło do takich nalotów. Tego jeszcze w tegorocznej odsłonie konfliktu, szczególnie gdy Południe jest już niezależnym państwem, nie było.

W czwartek 10 listopada sudański bombowiec zrzucił bomby na obóz dla uchodźców Yida, umiejscowiony w stanie Unity należącym do Sudanu Południowego. W obozie tym przebywa ludność, która uciekła wcześniej przed konfliktem w Kordofanie, uciekając właśnie przed działaniami sudańskich wojsk. Teraz widmo bombowców, przed którymi uchodzili, wisi nad nimi także za granicą, gdzie pewnie myśleli, że będą bezpieczni. "Korespondent Reutersa słyszał dużą eksplozję w obozie dla uchodźców Yida, później widział krater o średnicy ok. 2 metrów, niewybuch wbity na terenie szkoły i biały samolot odlatujący na północ." - informuje depesza. Świadkowie mieli później donosić o kolejnych wybuchach. Łącznie - według raportu złożonego dzień później na Radzie Bezpieczeństwo ONZ - na obóż i jego okolice zrzucono 5 bomb.

Według przedstawicieli lokalnych władz 12 osób poniosło śmierć, a 20 zostało rannych - przedstawiciele międzynarodowych organizacji oraz reporterzy nie potwierdzili jednak tych doniesień, nie słyszeli nic o ofiarach śmiertelnych. Nie zmienia to faktu, że lotnictwo sudańskie zaczęło zapędzać się w swoich atakach na tereny nowego, niepodległego kraju. Od bombardowania ludności cywilnej na własnym terytorium przeszło do naruszania integralności terytorialnej sąsiada.

W kolejnych dniach mowa była już nawet o działalności w obszarze granicznym jednostek lądowych północnej armii, ale te doniesienia nie zostały potwierdzone przez niezależne źródła. Potwierdzone jest natomiast, że obie armie - północna i południowa - znacznie wzmocniły swoją obecność w obszarze przygranicznym, co niejako wskazuje na skalę wzajemnej nieufności.

Wydarzenia zeszłego tygodnia spotkały się z ostrą w słowach reakcją Departamentu Stanu USA. Tylko czy to wystarczy? Przyglądamy się sytuacji - będziemy informować o rozwoju wydarzeń. I staramy się - my, tzn. ludzie skupieni wokół inicjatywy Modlitwa za Sudan - realnie wspomóc zagrożonych Sudańczyków.

(opr.: Modlitwa za Sudan na podst. sudantribune.com)
Zgodnie z zapowiedziami, ścigany przez Międzynarodowy Trybunał Karny prezydent Sudanu, Omar Hassan Al-Bashir, poprowadził w niedzielę modlitwy w mieście Kurmuk w Nilu Błękitnym, zdobytym kilka dni wcześniej przez jego wojska. Jednocześnie dowódca wojsk rządowych w tym stanie powiedział, że niedługo cały obszar graniczny, a więc także Kordofan Południowy, będzie wolny od wszelkiej rebelii.

Rebelianci ogłosili ostatnio, że sudańskie lotnictwo znacznie zintensyfikowało naloty w Kordofanie, atakując wszystkie miasta oraz wiele okolic wiejskich. Jednak podobnie jak wcześniej, piloci rządowej armii atakują w dużej mierze obszary cywilne, co stale powoduje duże zagrożenie dla bezpieczeństwa cywilów, z których wielu, w tym kobiety i dzieci (http://lubczasopismo.salon24.pl/sudan/post/343059,zrzucaja-bomby-na-kobiety-i-dzieci), poniosło już śmierć lub zostało rannych na skutek bomb zrzucanych przez zbrodniczy reżim.

Opozycyjna SPLM-N i jej zbrojne skrzydło - SPLA (Sudan People's Liberation Army, czyli Sudańska Armia Wyzwolenia Sudanu) - twierdzą jednak, że to nie koniec walki i że Bashir niczego się nie nauczył z ostatniej, trwającej od 1983 do 2005 r., wojny domowej. Rebelianci wskazują, że są zaprawieni w wojnie partyzanckiej i że nadal kontrolują duże obszary obu stanów. Bashir tymczasem nazwał ich w niedzielę "karaluchami" i nakazał armii pozbyć się antyreżimowych bojowników, a także aresztować Malika Aggara, prawowitego gubernatora Nilu Błękitnego, który od początku konfliktu w tym stanie (pierwsze dni września) jest wyjęty spod prawa. Warto przy tym zauważyć, że to jedyny przedstawiciel opozycji wśród gubernatorów stanów, po ostatnich wyborach w 2010 roku.

Kij i marchewka

Przedstawiciele rządu w Chartumie już próbują zjednać sobie ludność granicznego Nilu Błękitnego. Bashir w niedzielę zapowiedział założenie specjalnego komitetu na rzecz odbudowy Kurmuku. W tym samym czasie w Chartumie przywódca wojsk rządowych w regionie zapowiedział utworzenie nowego "Batalionu Nilu Błękitnego", do którego zaprosił mieszkańców stanu. To pokazuje, że władze chcą, za pomocą tzw. marchewki, wciągnąć nieprzychylną sobie od lat ludność południowej części kraju do swoich procesów rządzenia.

Jeśli chodzi jeszcze o scenę walk w Kordofanie, to rebelianci z SPLM obwieścili, że w piątek wygrali bitwę w bliskiej okolicy stolicy tego stanu - Kadugli. Pochwalili się m.in. przejęciem czterech czołgów. Armia zaprzeczyła tym doniesieniom, mówiąc, że nie doszło nawet do żadnej bitwy w tym rejonie. Trudno zbadać, kto mówi prawdę, ponieważ brak jest niezależnych źródeł informacji z ogarniętych wojną terenów.

Właśnie - wojna. Obserwując przebieg sytuacji, śmiało można powiedzieć, w dwóch południowych stanach północnego Sudanu - Kordofanie Południowym oraz Nilu Błękitnym, trwa na nowo wojna domowa. Jeśli możemy jakoś wspomóc ludność tych terenów, to na pewno modlitwą. O jak najszybsze zakończenie ich piekła.

A póki co, Al-Bashir wezwał do powrotu 30 tys. uchodźców z Nilu Błękitnego, którzy w ostatnim miesiącach uciekli do pobliskiej Etiopii. O relacjach uchodźców można choćby przeczytać tutaj: http://lubczasopismo.salon24.pl/sudan/post/360522,lap-niewolnikow-czyli -kolejne-zbrodnie-w-sudanie .
 
(Za materiał dziękujemy autorom strony www.facebook.com/ModlitwazaSudan. W jego opracowaniu korzystano z materiałów umieszczonych na stronach: www.radiodabanga.org oraz http://www.sudantribune.com.) 
W Nilu Błękitnym, stanie Sudanu graniczącym z Sudanem Południowym i Etiopią, od początku września toczy się krwawy konflikt. Walczą w nim z jednej strony sudańska armia i prorządowe bojówki (w tym Dżandżawidzi, owiani bardzo złą sławą w Darfurze), a z drugiej rebelianci z opozycyjnej partii SPLM-N, tradycyjnie związanej z Południem, a od dwóch miesięcy - zdelegalizowanej.

Wojska rządowe w swoich działaniach nie oszczędzają cywili. Wiele ataków celowo jest wymierzanych właśnie w nich. Od wielu tygodni pojawiają się wieści o kolejnych ofiarach nalotów, w których bomby nie są zrzucane na przeciwników militarnych reżimu, ale właśnie na bezbronną ludność cywilną. Na dodatek trudno ocenić jest skalę zjawiska, bo rząd w Chartumie zakazał wstępu do regionu niezależnym, zagranicznych organizacjom humanitarnym. Mieszkańcy Nilu Błękitnego zdani są w dużej mierze sami na siebie.

Już ok. 30 tys. z nich uciekło do sąsiedniej Etiopii, gdzie mogą otrzymać pomoc od etiopskich władz oraz organizacji pomocowych. A przede wszystkim - po przekroczeniu granicy nie są już narażeni na bomby sudańskiego lotnictwa oraz akty okrucieństwa zarówno reżimowych żołnierzy, jak i współpracujących z nimi bojówkarzy. To właśnie wśród uchodźców działali pod koniec października przedstawiciele amerykańskiego Projektu Enough, zbierając ich relacje o sytuacji w Nilu Błękitnym. Efektem tych badań jest opublikowany 1 listopada raport, którego tłumaczenie znalazło się teraz na blogu związanym z inicjatywą 'Modlitwa za Sudan' (www.facebook.com/ModlitwazaSudan), pod adresem: http://sudan.salon24.pl/360522,lap-niewolnikow-czyli-kolejne-zbrodnie-w-sudanie. Zachęcamy do lektury i do upowszechniania linku.

Nie jest to oczywiście lektura łatwa, ale też sytuacja prześladowanych Sudańczyków jest bardzo trudna. Uchodźcy podawali, że żołnierze oraz członkowie bojówek ścigali cywilów z bronią w ręku, zabijali ich, chwytali niewolników, dochodziło do masowych gwałtów na porwanych kobietach. Taki jest, niestety, obraz okrucieństw w kolejnym - jakże bolesnym - wewnętrznym konflikcie w afrykańskim kraju. Sudan Południowy nie zdążył jeszcze ogłosić niepodległości (nastąpiło to w lipcu), a na początku czerwca w jednym ze stanów Północy, Kordofanie Południowym, rozgorzał nowy, krwawy konflikt. Na początku września do "strefy ognia" dołączył sąsiedni Nil Błękitny.

W chwili, gdy zamieszczano tłumaczenie raportu Projektu Enough, znane były już nowe fakty. Otóż w nocy z czwartku na piątek (3/4 listopada) wojska sudańskie wkroczyły do granicznego miasta Kurmuk, które do tej pory uchodziło za bastion rebeliantów w ogarniętym konfliktem stanie. To tylko pół kilometra od etiopskiego Kurmuku znajdującego się po drugiej stronie granicy, gdzie zatrzymało się wielu uchodźców, czekając na transport w głąb kraju. Trudno powiedzieć, jak sytuacja się dalej potoczy. Wiadomo natomiast, że rebelianci już zapowiedzieli, że będą kontynuować walkę z reżimem. Niezależnie od utraty kontroli nad miastem Kurmuk, nadal - przynajmniej według ich oficjalnego przedstawiciela Yasira Armana - kontrolują znaczne połacie kraju i nie zamierzają się poddać. Przytaczają, że w toku poprzednich konfliktów (trwająca w latach 1983-2005 tzw. II sudańska wojna domowa) Kurmuk kilkakrotnie przechodził z rąk do rąk.

(źródła: Modlitwa za Sudan / Enough Project)

21-06-2011 9 lipca na mapie świata pojawi się nowe państwo - Sudan Południowy

Sudańscy chrześcijanie czekają na pomoc

Radość przez łzy. Tak można określić nastrój, jaki panuje w Sudanie Południowym w przeddzień uzyskania niepodległości. Na mocy referendum, które odbyło się w styczniu br., Sudan 9 lipca podzieli się na dwa państwa. Problem w tym, że działania islamistów z Północy, którzy od lat prześladowali chrześcijan i wyznawców religii plemiennych z Południa, nadal mogą doprowadzić do wybuchu trzeciej już wojny. Przykładem jest dramatyczna sytuacja mieszkańców granicznego miasta Abyei. Kościół sudański przestrzega, że Sudanowi cały czas zagraża kolejna fala ludobójstwa.

Ostatnim dniom przed powstaniem nowego państwa na mapie świata towarzyszy obawa, czy zdominowana przez muzułmanów Północ ostatecznie pogodzi się z rozpadem kraju. Chociaż oficjalne porozumienia zdają się to potwierdzać, to np. sytuacja na terenach, gdzie ma przebiegać granica, daleka jest od spokoju.
Kościół alarmuje, że wskutek działań armii Sudanu Północnego na terenach, gdzie toczy się spór o przebieg granicy, może dojść do ludobójstwa takiego jak wcześniej w rejonie Darfuru. - Sytuacja ludzi w stanie Kordofan Południowy jest krytyczna, zwłaszcza w stolicy Kadukli - podkreśla ks. bp Macram Gassis z sudańskiej diecezji El Obeid. Po bombardowaniach i inwazji wojskowej dramat dotyczy przede wszystkim ludzi, którzy musieli opuścić swe domy w tym rejonie. Jak widać, w przededniu niepodległości wiele spraw jest nadal nierozwiązanych. Obok sporów o przebieg granic chodzi także o kwestie obywatelstwa osób z Południa, które żyją na Północy, czy podziału dochodów z ropy naftowej.

Dramat mieszkańców Abyei

Obecnie największym problemem wydaje się brak demilitaryzacji rejonów granicznych, co wiąże się z atakami na ludność cywilną. Ostatnio np. władze północy i południa Sudanu osiągnęły porozumienie w celu uniknięcia powrotu do wojny o sporny, roponośny region w okolicy miasta Abyei. W przyszłym miesiącu ma on przejść tymczasowo pod wspólną administrację. Niestety, dla dziesiątków tysięcy mieszkańców miasta, którzy opuścili je po inwazji wojsk północnych w maju br., porozumienie zostało zawarte zbyt późno. Status regionu, w którym znajduje się miasto Abyei, miał być rozstrzygnięty przez referendum. Jednak nie doszło ono do skutku, gdyż istniał spór o to, kto może wziąć w nim udział.
Rząd Sudanu Południowego podaje, że w inwazji Północy na roponośny teren zginęło 116 cywilów, a 80 tys. musiało opuścić teren. - Południe jest bardzo niezadowolone w związku z okupacją tego terenu przez Północ - tłumaczy cytowany przez agencję CNA Stephen Hilbert, doradca Episkopatu USA ds. polityki zagranicznej wobec Afryki. Jego zdaniem, siły okupacyjne zezwalają na grabieże, a to nie sprzyja pokojowemu porozumieniu.
Wstępne porozumienie oddala nieco groźbę wybuchu trzeciej wojny domowej pomiędzy Północą i Południem, jednak czy na długo?

Przemoc z inspiracji islamistów

Agnieszka Dzieduszycka, reżyserka filmów dokumentalnych o Afryce, dziennikarka Catholic Radio & Television Network i współpracownik organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" podkreśla, że działania islamistów z Północy - czy to jawne, czy pokrętne - dążą do tego, aby wszczynać w tym kraju niepokoje. - I choć z zewnątrz może to wyglądać jak np. konflikty plemienne, w rzeczywistości są one inicjowane przez siły zewnętrzne. W najbliższych dniach może więc dojść w Sudanie do różnych walk, zwłaszcza że do tej pory Chiny sprzedawały tam ogromne ilości broni. Handel bronią jest najbardziej dochodową inwestycją. Jeśli ta broń nie będzie już potrzebna, zainteresowane kraje zapewne będą robić wszystko, aby podgrzewać konflikty - podkreśla Dzieduszycka. Jednocześnie zwraca uwagę, że w Sudańczykach z Południa tkwi ogromny potencjał. Ucisk, w jakim żyli przez ponad dwadzieścia lat, powoduje w nich szaloną tęsknotę za wolnością. Niestety, jest to także kraj bardzo biedny, zaniedbany, bez żadnej infrastruktury. - Sudańczykom z Południa koniecznie trzeba przyjść z pomocą - nie tylko materialną, ale także edukacyjną. Dawać im wędkę, a nie tylko rybę. Niedawno np. zebraliśmy pieniądze dla jednego biskupa, za które mógł wyremontować traktor. Pasterz ten pisał potem do nas podziękowania, że teraz ludzie mogą pracować i dzięki temu wyżywić kilka wiosek - opowiada.
Dzieduszycka zaznacza, żeby pomoc przekazywać jedynie przez struktury kościelne, gdyż wówczas środki w stu procentach trafią do Sudańczyków.

Wesprzeć chrześcijan

Bardzo mocno w budowę niepodległości Sudanu Południowego zaangażowała się Caritas Internationalis. Przedstawiciele tej katolickiej międzynarodowej organizacji charytatywnej zadeklarowali, że zagwarantuje ona roczną pomoc dla 100 tys. mieszkańców tego nowo rodzącego się państwa Afryki. Caritas apeluje też o międzynarodową solidarność, gdyż w Sudanie Południowym brakuje niemal wszystkiego. Jak podkreśliło Radio Watykańskie, szczególnie trudna sytuacja dotyczy dzieci, z których 30 proc. jest niedożywionych. Jedna trzecia z nich nie dożywa 5. urodzin. Połowa mieszkańców kraju egzystuje w ekstremalnej nędzy, a 40 proc. z nich to analfabeci. Ogłoszone obecnie programy Caritas skupiają się na zapewnieniu wody, środków higienicznych, lekarstw i żywności.
Obok Caritas z taką pomocą przychodzi też organizacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Dyrektor jej polskiej sekcji ks. Waldemar Cisło tłumaczy, że po podziale Sudanu sytuacja chrześcijan będzie niewątpliwie lepsza niż dotychczas, gdyż będą żyć w swoim kraju. - Obecnie chrześcijanie poddani są prawu szariatu, które obowiązuje w całym państwie, a oni nie chcą być traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Niestety, tak jest w tej chwili. Dodatkowo pojawi się szansa, że uchodźcy będą mogli powrócić na Południe. Niestety, już teraz zaistniały problemy z dostępem do pól naftowych i prezydent nie spełnia tego, co wcześniej zapewniał. Najgorsze jest to, że nie ma w Sudanie pokoju, który był obiecany przez muzułmanów - ubolewa ks. Cisło.
Dyrektor polskiej sekcji organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie przypomina, że trwa akcja SMS-owa "Pomoc dla Sudanu". - Miliony Sudańczyków czekają na naszą pomoc, zwłaszcza humanitarną! Nie bądźmy obojętni! Nie zostawiajmy ich samych! - apeluje ks. Cisło. Więcej informacji na temat akcji na stronie: www.pomocdlasudanu.pl.

Małgorzata Pabis - Nasz Dziennik


PAP 2011-06-13
Chartum zgodził się pod pewnymi warunkami wycofać z Abyei

Władze Sudanu zgodziły się pod pewnymi warunkami wycofać swoich żołnierzy ze spornego, leżącego między północną a południową częścią Sudanu, regionu Abyei - oświadczył w poniedziałek minister ds. informacji Sudanu Południowego w drugim dniu rozmów w Etiopii.
"Z naszych informacji wynika, że (sudańskie władze) zgodziły się wycofać z Abyei pod warunkiem (zawarcia) umowy co do sposobów administrowania" tym regionem - poinformował Barnaba Marial Benjamin na antenie niezależnego radia Sudan Radio Service.

"Myślę, że zgodzili się co do zasady, że powinni się wycofać" - dodał. Zastrzegł, że muszą się jeszcze odbyć rozmowy w sprawie żołnierzy, którzy zastąpią Sudańskie Siły Zbrojne (SAF), kiedy te opuszczą Abyei. Etiopia zaproponowała wysłanie tam swoich żołnierzy, z upoważnienia ONZ, w celu utrzymania pokoju.

Toczone od miesięcy negocjacje w Etiopii wznowiono w niedzielę przy okazji spotkania w Addis Abebie prezydenta Sudanu Omara el-Baszira z jego pierwszym wiceprezydentem, Sudańczykiem z Południa, Salvą Kiirem Mayarditem.

Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton oświadczyła w poniedziałek rano podczas wizyty w Tanzanii, że Waszyngton pozytywnie przyjmie rozmieszczenie sił etiopskich pod mandatem ONZ w regionie Abyei, nakłaniając Północ i Południe do przyjęcia tej propozycji.

Po południu Clinton przybyła do Addis Abeby, gdzie przemawiała w siedzibie Unii Afrykańskiej. Jak pisze agencja AFP, szefowa amerykańskiej dyplomacji ma tam jeszcze spotkać się z Kiirem, lecz nie z prezydentem Baszirem, który ścigany jest przez Międzynarodowy Trybunał Karny międzynarodowym listem gończym.

W Abyei znajdują się złoża ropy naftowej oraz pastwiska wykorzystywane przez plemiona północne i południowe. Region ma znaczenie symboliczne dla obu stron.

21 maja siły z Północy panowały Abyei, główne miasto spornego regionu, a następnie zajęły cały region, zmuszając tysiące ludzi do ucieczki. Była to odpowiedź na atak z 19 maja na konwój armii, w którym zginęło co najmniej 22 żołnierzy.

Wraz z nasileniem się przemocy wzrosły obawy, że obie strony mogą wrócić do wojny domowej na pełną skalę. W zeszłym tygodniu biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) podało, że z Abyei uciekło już 100 tys. ludzi.

9 lipca na mocy porozumień pokojowych, które zakończyły trwającą 22 lata wojnę domową między Północą a Południem, Sudan ma podzielić się na dwa państwa: Sudan ze stolicą w Chartumie i Republikę Południowego Sudanu ze stolicą w Dżubie.

Na mocy ustaleń pokojowych sprzed sześciu lat regionowi Abyei obiecano osobne referendum organizowane w tym samym czasie co referendum niepodległościowe Południa, a więc w styczniu 2011 roku. Jednak nie doszło ono do skutku, bo między Południem i Północą wybuchł spór o to, kto jest uprawniony do głosowania.(PAP)

 

PAP  11-06-2011 Sudan znów pogrąży się w chaosie?

Na miesiąc przed secesją Sudanu Południowego od Sudanu w czwartek i piątek trwały walki na obszarach granicznych. W bombardowaniach zginęły 3 osoby

Analitycy obawiają się, że walki mogą doprowadzić do kolejnej wojny domowej i ponownie pogrążyć kraj w chaosie.

Na skutek walk ze stolicy stanu, Kadugli, uciekło ok. 30-40 tys. osób - podało biuro koordynacji pomocy ONZ. Analitycy podkreślają, że w Kordofanie znajdują się najbogatsze złoża ropy naftowej w Sudanie.

W piątek walki dotarły do stanu Unity w Sudanie Płd. Samoloty typu Antonow i MiG dokonały nalotu bombowego na kilka tamtejszych wiosek - powiedział przedstawiciel ONZ Kouider Zerrouck. W atakach zginęły trzy osoby, cywile - podał rzecznik wojska Południa (SPLA), płk. Philip Aguer.

21 maja siły Chartumu zajęły sporny region Abyei, zmuszając ok. 80 tys. ludzi do ucieczki. Zdaniem Aguera, Chartum chce zająć sporne tereny przed ogłoszeniem przez Południe niepodległości.

Na mocy ustaleń pokojowych z 2005 roku w styczniu br. odbyło się referendum, w którym Sudan Południowy opowiedział się za secesją od Sudanu. Nastąpi ona 9 lipca br. Nierozstrzygnięte pozostają jednak granice czy kwestie podziału długu oraz wpływów z wydobycia i sprzedaży ropy między Chartum a Dżubę.

11.06.2011 Sudan w ogniu

Na niespełna miesiąc przed ogłoszeniem niepodległości przez Południowy Sudan rośnie napięcie na granicy z Sudanem Północnym. Władze Południa oskarżają Chartum i prezydenta Omara el-Baszara o zbombardowanie wiosek w roponośnej prowincji Kordofan. Dużo silniejsza militarnie Północ chce przejąć kontrolę nad południowymi prowincjami bogatymi w ropę i gaz. Według analityków, grozi to wybuchem kolejnej wojny domowej w tym jednym z najbiedniejszych krajów świata.

Tysiące ludzi uciekło z prowincji Kordofan przed agresją wojsk Północnego Sudanu (fot. Paul Banks/EPA)


Jak informował agencję AFP rzecznik południowosudańskiej armii Philip Aguer, siły Północy od czwartku zaczęły ofensywę w Kordofanie. ONZ informowało, że ze stolicy tej prowincji Kadugli w obawie przed konfliktem uciekło od 3 do 4 tys. mieszkańców. Jak mówiła agencji Associated Press rzeczniczka biura pomocy ONZ Elisabeth Byrs, w mieście zostały splądrowane biura agencji, a pracownicy misji humanitarnej uciekli wraz z mieszkańcami stolicy Kadguli.

Napięcie między Południem i Północą narasta. Przed dwoma tygodniami armia Chartumu rozpoczęła okupację spornej prowincji Abyei. Prawa do niej roszczą sobie obie strony. Tu też chodzi o złoża
ropy, których nie chce się pozbyć el-Baszar. Sudańska armia użyła czołgów do przejęcia kontroli nad roponośnymi terenami. Południe zażądało wówczas od Rady Bezpieczeństwa ONZ wydania rezolucji wzywającej Chartum do zaprzestania agresji.

Polityka faktów dokonanych

Ofensywa Sudanu w Kadguli wskazuje, że el-Baszar nie przejął się międzynarodową krytyką

ze strony Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii kontynuując politykę faktów dokonanych. Nie chce dopuścić, by Sudan Południowy ogłosił swą niepodległość w regionach, które mogą zapewnić mu gospodarczy rozwój.

Philip Aguer informował agencję AFP, że armia Północy użyła samolotów Antonow i MIG do zbombardowania wiosek w prowincji Unity, w wyniku którego zginęły trzy osoby. Ta prowincja - jak wyjaśniał - leży w głębi terytorium Południa, co może oznaczać, że ataki mają na celu przejęcie kontroli nad złożami ropy należącymi do rządu w Jubie. Dodał, że Ludowa Armia Wyzwolenia jest w stanie najwyższej mobilizacji i gotowa do obrony terytorium Południa.


Rozliczyć sudańskie zbrodnie

W piątek wieczorem Stany Zjednoczone potępiły po raz kolejny agresję el-Baszara na Południe. - Apelujemy do Narodów Zjednoczonych o pełne zbadanie incydentów i żądamy natychmiastowego zaprzestania tych działań oraz pociągnięcia do odpowiedzialności za zbrodnie ich sprawców - głosi apel Białego Domu. Mediacji podjął się były prezydent Republiki Południowej Afryki Trabo Beki, który w czwartek spotkał się z el-Baszarem, a następnie miał się udać do Juby. Na razie sytuacji nie udało się jednak uspokoić.


Jeśli Chartum nie zrezygnuje ze zbrojnego wydzierania terytoriów Południa, na miesiąc przed ogłoszeniem niepodległości w Sudan znów może stanąć w ogniu. Poprzednia wojna zakończona porozumieniem w 2005 r. trwała 22 lata i pochłonęła ok. 2 mln ofiar. W dokumencie el-Baszar zaakceptował przeprowadzenie referendum w Południowym Sudanie dotyczącym jego secesji. Okazuje się, że nie do końca akceptuje jego wynik szczególnie dotyczący terytoriów, które mają być odłączone od Chartumu. Dysponując znaczną przewagą militarną chce siłą rozstrzygnąć na swoją korzyść spór o budzące kontrowersje terytoria.


Piotr Ożadowicz (Reuters)

PAP  2011-06-12 Przed secesją Południa drastycznie wzrasta liczba uchodźców

Do uzyskania niepodległości przez Sudan Południowy zostało niespełna miesiąc, a ludzi, którzy opuszczają swoje domy ze strachu o życie, przybywa. W wyniku walk w całym kraju od początku roku liczba uchodźców przekroczyła 260 tys.

9 lipca na mocy porozumień pokojowych, które zakończyły trwającą 22 lata wojnę domową między Północą a Południem, Sudan ma podzielić się na dwa państwa. Sudan ze stolicą w Chartumie i Republikę Południowego Sudanu ze stolicą w Dżubie.

W Południowym Kordofanie, stanie, który przynależy do terytorium Północy, na skutek walk trwających tam od tygodnia liczba uchodźców może wynosić nawet 40 tys. - poinformowała w piątek na konferencji prasowej w Genewie rzeczniczka biura ds. koordynacji pomocy humanitarnej ONZ Elisabeth Byrs.

Z Kadugli, stolicy stanu, uciekły dwie trzecie mieszkańców. Wielu z nich od kilku dni szuka schronienia w pobliżu bazy sił pokojowych ONZ.

Południowy Kordofan jest zamieszkany przez tysiące uzbrojonych rebeliantów, którzy podczas wojny walczyli po stronie Ludowej Armi Wyzwolenia Sudanu (SPLA).

Od tygodnia uzbrojone grupy walczą z Sudańskimi Siłami Zbrojnymi (SAF). Chartum za rozpoczęcie walk obwinia lokalną opozycję i rząd na Południu. Rebelianci podają się za członków SPLA, ale rząd w Dżubie się ich wypiera, twierdząc, że to mieszkańcy terytorium Północy i nie można ich wycofać na teren przyszłej Republiki Południowego Sudanu.

Południowy Kordofan graniczy z Darfurem i roponośnym regionem Abyei, który od 21 maja jest pod okupacją SAF. Mimo sprzeciwu ze strony ONZ, USA i rządu Południa władze w Chartumie odmawiają wycofania wojsk. W wyniku walk zginęło już ponad sto osób.

Na mocy ustaleń pokojowych sprzed sześciu lat regionowi Abyei obiecano osobne referendum organizowane w tym samym czasie, co referendum niepodległościowe Południa, a więc w styczniu 2011 roku. Jednak nie doszło ono do skutku, bo między Południem i Północą wybuchł spór o to, kto jest uprawniony do głosowania.

W środę rzecznik biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) Adrian Edwards poinformował, że liczba uchodźców w rejonie Abyei może sięgać już 100 tys., z czego 67 tys. zostało zarejestrowanych.

W czwartek przewodniczący Ludowej Partii Wyzwolenia Sudańczyków Juac Agok zobowiązał się, że do Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK) za zbrodnie dokonane w Abyei zostanie wniesiony akt oskarżenia przeciwko prezydentowi Omarowi el-Baszirowi. W Trybunale jeden akt oskarżenia już jest. W 2008 roku prokurator MTK Luis Moreno-Ocampo oskarżył prezydenta Sudanu o ludobójstwo, zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne w Darfurze.

Od początku roku w Sudanie Południowym w wyniku walk w dziewięciu spośród dziesięciu stanów zginęło ponad 1500 osób. Według UNHCR na skutek lokalnych walk na Południu ponad 120 tys. ludzi opuściło swoje domy. Armia Południa na swoim terytorium zmaga się z siedmioma uzbrojonymi grupami rebelianckimi.

W stolicy Południa, Dżubie, trwają przygotowania do uroczystości niepodległościowych. W mieście jest spokojnie, trochę ciszej i ciemniej niż zwykle. Jednak rosną ceny niektórych produktów żywnościowych, np. cebula podrożała o 200 proc.

Brakuje paliwa. Zabrakło go również do wielkiego generatora, który zaopatruje mieszkańców w elektryczność. Prądu miejskiego nie ma od tygodnia. Najlepsze interesy robią właściciele stacji benzynowych. Ceny paliwa na czarnym rynku osiągają zawrotne ceny: półtora litra w plastikowej butelce na czarnym rynku kosztuje w przeliczeniu 35 PLN.

Z Dżuby Julia Prus

 

2 lutego 2011 Sytuacja humanitarna w Sudanie

Philippe Lazzarini, Zastępca Dyrektora Wydziału Koordynacji i Reakcji OCHA przedstawił informacje o sytuacji w Sudanie. Powroty do Południowego Sudanu w styczniu przebiegały wolniej, z powodu niepewnej sytuacji pod względem bezpieczeństwa dróg w Południowym Kordofanie. Powróciło dotąd ponad 190 tys. ludzi. Reintegracja przesiedleńców przebiega powoli, z powodu bardzo wolnego tempa alokacji ziemi. Ludzie w obozach tranzytowych otrzymują pomoc humanitarną. UNDP prowadzi rozmowy z władzami w celu określenia pomocy, jaką przesiedleńcy powinni otrzymać. Na przełomie lutego i marca będzie zorganizowana konferencja donatorów w sprawie planu średnioterminowego. Do Abyei od listopada powróciło 26 tysięcy osób. Otrzymują one od WFP racje żywności na 3 miesiące, oraz od UNHCR artykuły nieżywnościowe (naczynia kuchenne, kanistry, koce, moskitiery, maty do spania). W Południowym Sudanie zbiory w 2010 r. były niezłe, następne też zapowiadają się dobrze. Nie powinny występować braki żywności, natomiast jej ceny w niektórych regionach znacznie wzrosły. Wzrosły również ceny innych artykułów importowanych w północnego Sudanu.

Zmienić się powinna struktura biur ONZ w Sudanie - powstaniu dwóch państw powinno towarzyszyć utworzenie dwóch biur ONZ. Donatorzy przy przeznaczaniu środków na Sudan będą musieli precyzować czy zamierzają dofinansować działania na północy czy na południu.

W Darfurze sytuacja jest nieprzewidywalna. Występują ograniczenia w dostępie do obozów. Organizacje humanitarne nie miały dostępu do obozu Zamzam między 23 - 26 stycznia z powodu akcji rządowych sił bezpieczeństwa. 20 stycznia NISS poleciła największej organizacji międzyrządowej działającej w Zachodnim Darfurze, CRS, zaprzestanie operacji i zamknięcie biur ze względu na bezpieczeństwo. Personel CRS opuścił Zachodni Darfur 22 stycznia. Po interwencji Koordynatora Humanitarnego decyzja została odwołana i CRS może powrócić.

Trwają starania o uwolnienie 3 osób załogi helikoptera UNHAS, które zostały porwane 13 stycznia w Um Shalaya.

1 lutego 2011 Wpływ exodusu  ludzi z południa Sudanu na Kościół Katolicki na Północy

Tuż przed właśnie zakończonym w  Sudanie Południowym referendum tysiące wysiedleńców z południowego Sudanu , którzy znaleźli się w Chartumie i innych dużych  miastach na Północy zaczęli  wracać na Południe.

Na  Północy Sudanu są tylko  dwie katolickie diecezje, archidiecezja Chartum i El Obeid. Większość chrześcijan w tych diecezjach pochodzi z Południa, a teraz z powodu exodusu na Południe można stwierdzić, że już nie będzie tak dużej obecności ludzi  podczas mszy niedzielnych  w archidiecezji Chartum.

Niektóre parafie zostały zamknięte z uwagi na fakt, że nie są już tam chrześcijan.

Według ks. George Gangara, sekretarz ds. edukacji archidiecezji Chartum, zostały również zamknięte niektóre katolickich szkoły  ze względu na fakt, że uczniowie z tych szkół wrócili na Południe.

Archidiecezja otworzyła wiele szkół podstawowych i średnich dla osób wysiedlonych, którzy przybyli z Południa, gdy wojna domowa się nasiliła na początku lat 90-tych XXwieku.
Prawie wszyscy księża diecezjalni w diecezji Chartum pochodzą z Południa. W Chartumie mieście,  gdzie zmarł Daniel Comboni, jest mniej więcej 30 różnych kongregacji misyjnych kapłanów, sióstr i braci.

Wyniki referendum, które odbyło się w dniach 9-15 stycznia zostały ogłoszone w dniu 30 stycznia. Informacja ta została podana w Dżubie, stolicy przyszłego państwa i opierają się na przeliczeniu 100% głosów. 98,83% z prawie 4.000.000 głosujących opowiedziało się za niepodległością Południowego Sudanu.

Autor: Elario Zambakari

18 stycznia 2011 (Chartum)

Islamski przywódca opozycji Hassan Al-Turabi planował przeprowadzenie sabotażu i zamachów zmuszając poniekąd Narodowy wywiad i służby bezpieczeństwa (NISS), aby schwytały go i umieściły w areszcie, o czym poinformował w dniu dzisiejszym wysoki urzędnik rządzącej Partii Kongresu Narodowego (NCP).

Turabi został aresztowany we wczesnych godzinach rannych we wtorek w swoim domu przez uzbrojonych funkcjonariuszy ochrony. Zatrzymanych zostało także pięciu wyższych urzędników jego ugrupowania Kongresu Ludowego.

Sudańskie Media Center (SMC) strona internetowa, powszechnie uważana za prowadzoną przez NISS, poinformowała wczoraj, że ruch ten był wynikiem uzyskania nowych informacji od członków Ruchu Sprawiedliwości i Równości (JEM), którzy zostali pojmani w Zachodnim Darfurze w zeszłym tygodniu.

Ale NCP zastępca przewodniczącego Nafie Ali Nafie, który jest również asystentem prezydenta, pojawił się, aby przedstawić odmienny punkt widzenia.

Cytowany przez sudańską agencję prasową (Suna), przedstawiciel NCP powiedział, że Turabi chciał zakłócić bezpieczeństwo i zainicjować plan mający na celu obalenie rządu.

Nafie powiedział, że opozycja chce rozproszyć opinie publiczną poprzez wykorzystanie warunków ekonomicznych, przed którymi stoi kraj, aby mogli zająć ulice i przeprowadzić zamachy powołując się na informacje zebrane przez właściwe organy krajowe.

Powiedział, że byłoby to nieodpowiedzialne ze strony rządu, aby pozwolić, żeby ten schemat się powtarzał bez podjęcia odpowiednich działań.

Zapytany, czy zamach był skierowany przeciwko pewnym urzędnikom, jego odpowiedź była, że informacje zostaną wyjaśnione w późniejszych etapach.

Jednak Nafie odmówił odpowiedzi, czy zostaną postawione zarzuty przeciwko Turabi i innym członkom ugrupowania PCP w oparciu o nie odkryty rzekomy spisek.

Asystent prezydenta nie wspomniał o linkach JEM prowadzonym przez stronę SMC wczoraj.

Podobne oskarżenia zostały doszczętnie zniszczone przez władze w 2007 roku przeciwko ówczesnemu szefowi Partii Umma Mubarakowi Al-Fadil. Został on zwolniony po trzech miesiącach, gdy informacje będące w posiadaniu NISS o próbie zamachu stanu okazały się fałszywe.

Turabi w 1989 r. kierował z ukrycia zamachem przygotowanym przez prezydenta Omer Hassan Al-Bashir. Ale obaj wypadli po wprowadzeniu ustawy ograniczającej władzę prezydenta w 1999 roku, ruch, w którym prezydent oparł się na rozwiązaniu parlamentu i ogłoszeniu stan wyjątkowy.

Pozostawał w więzieniu i poza nim przez cały czas po odejściu z szeregów z Baszirem przez oskarżenia rozciągające się od zaangażowanych w próby zamachu stanu na stojących za buntem, który wybuchł w Darfurze.

JEM udało się zorganizować śmiały atak w maju 2008 r., w którym  dotarło do przedmieści stolicy przed odparciem go przez rząd.

Na początku 2009 roku został aresztowany za mówienie, że Bashir powinien oddać się w ręce Międzynarodowego Trybunału Karnego (ICC) za stawiane mu zarzuty.

W poniedziałek Al-Turabi udzielił wywiadu Agence France Presse (AFP) i ostrzegł, że uliczne protesty podobne do tych, które miały miejsce w Tunezji mogą się zdarzyć w Sudanie, gdyby prezydent Omer Hassan Al-Bashir nie będzie się dzielić władzą.

Nadal jego rodzina i obrońcy wierzą, że te uwagi przemawiały za jego aresztowania.

Na stronie Innercitypress powiedział, że zwrócono się do ambasadora Sudanu przy ONZ Daffa-Alla Elhag Ali Osman z pytaniem o aresztowanie Turabi's.

"Pozwól mi zadać pytanie," odpowiedział ambasador Sudanu, obwiniając za aresztowania zaproszenie do demonstracji takich jak w Tunezji, zacytowała jego słowa Innercitypress.

17 stycznia 2010 (Juba)

Oficjalne ogłoszenie wyniku referendum dotyczącego niepodległości południowego Sudanu odbędzie się w stolicy Sudanu - Chartumie w dniu
14 lutego 2011 r. - powiedział przewodniczący  Komisji ds. Referendum w Sudanie Południowym (SSRC) Mohamed Ibrahim Khalil.

Oświadczenie Khalil pojawiło się w dniu zamknięcia lokali w całym kraju  oraz w ośmiu innych krajach poza Sudanem, gdzie odbywało się referendum i  gdzie Sudańczycy mogli  głosować przez cały tydzień.

"Biorąc pod uwagę fakt, że zarówno północ i południe nadal będą w ramach jednego kraju, naturalne jest, że wyniki tego historycznego wydarzenia  zostaną ogłoszone w stolicy kraju czyli w Chartumie. Nie widzę tu żadnego problemu"- powiedział szef SSRC na konferencji prasowej w stolicy Południowego Sudaniu- Dżubie.

Khalil, który po raz pierwszy pojawił się w tej regionalnej stolicy od sierpnia 2010 r. pochwalił członków komisji ds. referendum, a także całe biuro zajmujące się  przebiegiem referendum, mówiąc że pracowali oni odważnie i z poświęceniem, aby zapewnić  terminowe przeprowadzenie tego historycznego głosowania.

Powiedział: "Twórcy CPA [Comprehensive Peace Agreement] i tymczasowa konstytucja wyznaczyły bardzo mało czasu na przygotowanie i przeprowadzenie referendum. Komisja
i jej członkowie byli w stanie wypełnić wielkie zadania w ciągu 4 miesięcy, choć było na to wyznaczone 42 miesiące".

Przewodniczący SSRC, który wystąpił w towarzystwie swego zastępcy, Chan Reec Maduta, powiedział o dobrej współpracy, harmonii i tolerancji między  członkami Komisji, a także
o kilku kluczowych czynnikach, które zapewniły sukces, jeśli chodzi o przygotowanie
i przebieg referendum.

Głosowanie rozpoczęło się 9 stycznia, a zakończyło w sobotę. Proces sortowania i liczenia głosów rozpoczął się natychmiast po zamknięciu centrów referendalnych. Każde centrum  po zakończeniu liczenia głosów przedstawia wyniki okręgowym komitetom, które przekazują je dalej do komitetów ds. referendum, a te z kolei przekażą je komitetom ds. referendum.

Jak dodaje  Khalid, proces liczenia głosów w każdym centrum referendalnym będzie odbywał się w obecności obserwatorów zarówno lokalnych jak i międzynarodowych.

"Obowiązkiem komitetów  ds. referendum  jest  przesłanie wyników  głosowania  do biura ds. referendum, z którego wyniki są przesyłane w końcu do Komisji w Chartumie" wyjaśnia Khalil.

Przewodniczący SSRC powiedział, że na dzień 14 stycznia łącznie 3 135 000 wyborców z zarejestrowanych 3 755 000 w Sudanie Południowym, tj. około 83%, oddało już swoje głosy. Ponadto w diasporze, to znaczy w Australii, Egipcie, Etiopii, Kenii, Ugandzie, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych odnotowano frekwencję w wysokości 91%  .

W trakcie głosowania Komisja dała dodatkowo pięć dni, aby dać  wyborcom możliwość głosowania na terenie Brisbane, w Australii, ponieważ głosowanie to zostało wstrzymane z powodu powodzi. (Autor: Juliusz N. Uma/ tłum: Wiesław Knapik)

 

17 stycznia 2011 (Chartum)

 Sudańska policja użyła gazów łzawiących i pałek do stłumienia demonstracji przeciwko wysokim cenom żywności - powiedział portalowi Sudan Tribune świadek tych wydarzeń.

Protesty odbyły się w Al-Kamleen, mieście leżącym niedaleko stolicy. Z relacji wynika, że demonstranci na prawie godzinę zablokowali główną drogę łączącą Chartum z centralną częścią kraju.

W zeszłym miesiącu rząd Sudanu wprowadził szereg uchwał mających na celu stopniową redukcję dotacji na produkty ropopochodne i cukier. Miało to bezpośredni wpływ na ceny benzyny, paliw, a także cukru.

Sudańscy urzędnicy zapowiedzieli, że w kolejnych miesiącach zostanie wprowadzony w życie drugi etap procesu likwidacji dotacji.

Ostatniej środy (12.01) miały miejsce protesty studentów uniwersytetów w Chartumie i Gezira przeciwko tym nowym uchwałom. Partie opozycyjne domagają się od rządu cofnięcia swoich decyzji i dymisji ministra finansów, grożąc w przeciwnym wypadku powstaniem ludowym.

Władze Sudanu ostrzegły, że będą szybko tłumić wszelkie próby organizacji protestów, szczególnie, że kraj zmierza ku rozpadowi na Północ i Południe. (Sudan Tribun/tłum: Paweł Kurant)

17 stycznia 2011 O starciach w czasie referendum

11 stycznia b.r., władze samorządu terytorialnego częściowo autonomicznego rządu Sudanu Południowego wysłały wysoką delegację przedstawicieli do roponośnych rejonów Abyei. Ich celem jest ocena sytuacji bezpieczeństwa, po serii starć pomiędzy uzbrojonymi napastnikami powiązanymi z plemionami arabskich koczowników a jednostkami lokalnej policji.

Decyzja o wysłaniu delegacji została podjęta w wyniku otrzymania serii raportów na temat ataków w tym rejonie oraz po tym jak urzędnicy z Abyei i przedstawiciele samorządu terytorialnego Sudanu Południowego oskarżyli rząd w Chartumie o zaopatrywanie w broń plemienia Missiriya, zamieszkującego okolice miasta Muglad w prowincji Kordofan południowy, środkowy Sudan.

10 stycznia, rząd Sudanu Południowego stwierdził, że dziesięcioro mieszkańców południa zostało zabitych podczas przekraczania granicy z północy do Sudanu Południowego, a odpowiedzialnością za organizację zasadzek na konwoje powracających, obarczył plemiona Missiriya - oskarżenie, które strona plemienna odrzuciła.

Agencje prasowe odnotowały, że w starciach pomiędzy plemieniem Missiriya a jednostkami policji Abyei i siłami porządkowymi zginęło co najmniej 36 osób. Jednakże, przyjmuje się, że obie strony zaniżają liczbę ofiar.

Może ona okazać się znacznie wyższa, sądząc po opublikowanych przez Sudan Tribune wywiadach z rodzinami zmarłych.

Miyen Alor Kuol, wysoki rangą przedstawiciel SPLA z Abyei, powiedział dziennikarzom Sudan Tribune, że już odbyło się spotkanie na wysokim szczeblu pomiędzy przedstawicielami organizacji politycznej południa a rządu w Chartumie.

„Otrzymujemy liczne telefony od momentu rozpoczęcia starć. Jest wielu zainteresowanych zarówno z samego Sudanu, jak również spoza jego granic, pragnących dowiedzieć się co się wydarzyło i co było powodem starć. Część z nich to przedstawiciele wspólnoty międzynarodowej, podczas gdy pozostali to lokalni członkowie naszej partii z Abyei oraz przedstawiciele władz SPLA", powiedział Alor Kuol.

"Dzisiaj przyjęliśmy delegację Sudanu Południowego, na czele której stał Sekretarz Generalny SPLA, Pagan Amum, minister współpracy międzyregionalnej Deng Alor Kuol, oraz minister spraw wewnętrznych generał Gier Chuang Aluong", powiedział.

Przedstawiciel potwierdził, że przyjęli również federalnego ministra spraw wewnętrznych Sudanu oraz zastępcę dyrektora chartumskiej Służby Wywiadowczej i Porządku Publicznego w jednej osobie, generała Majaka Agota. Haile Menkerios, Specjalny Przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ wraz z dowódcą sił zbrojnych organizacji również przyjechali na rozmowy w tym rejonie.

Alor powiedział, że wizyta wysokich rangą urzędników ma na celu ocenę sytuacji bezpieczeństwa oraz poinformowanie obywateli lokalnych społeczności o dalszych działaniach.

„Odbyli dzisiaj wiele spotkań na wysokim szczeblu, m.in. z urzędnikami władz lokalnych, hierarchami Kościołów, przedstawicielami świeckich organizacji społecznych i pracownikami misji ONZ w sudańskiej Abyei. Pozostałe spotkania zostały zaplanowane na dzień jutrzejszy", wyjaśnił.

Waszyngton potwierdził, że aktualne nasilenie przemocy w spornym regionie nie powinno wpłynąć na przebieg referendum w Sudanie Południowym.

Ambasador Princeton Lyman, czołowy amerykański negocjator w Sudanie powiedział, "żadne z tych niefortunnych zdarzeń nie wpływa na przebieg referendum", dodając: „Jednakże, jest to niepokojąca sytuacja".

Starcia rozpoczęły się już 7 stycznia i trwały do 9 stycznia, kiedy to Sudańczycy z południa rozpoczynali głosowanie w kwestii uzyskania niepodległości. Rejon Abyei skłaniał się również do przeprowadzenia równoległego referendum, celem podjęcia decyzji czy dołączyć do tworzącego się niepodległego południa, jednakże został powstrzymany przez plemiona Missiriya.

Rząd w Chartumie domaga się, aby plemieniu Missiriya zostały przyznane pełne prawa wyborcze, pomimo że jego członkowie przebywają w rejonie Abyei zaledwie kilka miesięcy w roku. Zostało to odrzucone przez
SPLA - czyli siły rządzącej na południu, której przedstawiciele stwierdzili, że wyłącznie sprzymierzone z południem plemiona Dinka Ngok powinny brać udział w głosowaniu.

Rozmawiając w niedziele z Sudan Tribune w Abyei, Deng Arop Kuol, główny zarządzający rejonem, powiedział, że uzbrojone grupy Missiriya zaatakowały 7 stycznia wioskę Miakol Abior, leżącą w północnej części rejonu. Plemiona Missiriya zaprzeczają, aby to one rozpoczęły te działania.

Kuol powiedział, że jedna osoba została zabita podczas pierwszego ataku, a pozostałe dziewięć w sobotę. Liczby te zostały potwierdzone przez Juac Agok'a, przewodniczącego SPLA w tym rejonie, podczas oddzielnego wywiadu dla Sudan Tribune.

Agok powiedział, że kolejne 18 osób zostało zabitych podczas niedzielnych ataków, które trwały przez niemal 6 godzin, rozpoczynając się o 11:30 a kończąc pokonaniem Missiriya o 17:00. Przypuszcza on, że porażka grup plemiennych była najprawdopodobniej spowodowana wyczerpaniem się ich zapasów amunicji.

Philip Aguer, rzecznik armii południa, powiedział w Jubie dziennikarzom Sudan Tribune, że Missiriya zaatakowali wioskę Maker-Abior w niedziele, używając broni przeciwpiechotnej oraz artylerii. Aguer uważa, że atak był planowany.

"Oni nie wypasali bydła, ale przyszli zaatakować", stwierdził Aguer, dodając, że towarzyszyły im (Misseriya) umundurowane oddziały milicji Sił Obrony Cywilnej (Popular Defense Force)". Dodał: „Milicji wspieranej przez rząd sudański w Chartumie, pomimo, że jej działanie zostało zakazane prawnie, na mocy traktatu pokojowego z 2005 roku, kończącego drugą północno-południową wojnę domową, rozpoczętą w 1983 roku".

Jednakże, rzecznik północnych Sił Zbrojnych Sudanu (Sudan Armed Forces), al-Suwarmi Khalid, powiedział, że oddziały milicji nie były zaangażowane w działania zbrojne. Stwierdził również, że głównym powodem starć było uniemożliwienia pasterzom bydła swobodnego przejścia do Bahr Al-Arab (rzeka Kiir) przez SPLA. Oskarżył ponadto armię południa o dozbrajanie plemienia Dinka Ngok w tym rejonie. (Sudan Tribune/tłum. Dawid Bober)

Pomoc Kościołowi w Potrzebie | ul. Wiertnicza 142, 02- 952 Warszawa, Tel./Fax: +48 22 845 17 09 | ING Bank Śląski o/ Warszawa 31 1050 1025 1000 0022 8674 7759